czwartek, 23 sierpnia 2012

Oswoić lęk

Wydarzenia ostatnich dni, to doprowadzanie mojego ciała do porządku po wieloletnich zaniedbaniach. Od prawie 13 lat zmagałam się z olbrzymim tłuszczakiem na nodze i w końcu zebrałam w sobie siły i odwagę i zdecydowałam się na operację jego usunięcia. W rękach jednego z najlepszych lekarzy, bez konieczności znieczulania ogólnego, wszystko miało pójść ładnie pięknie, zagoić się w trymiga i już za kilka dni miałam wracać z przedłużonego zwolnieniem chorobowym urlopu do Abu Dhabi i do pracy. Jednak los lubi płatać nam figle i pokazywać, że w szkole życia nie ma wakacji i że nie ruszymy się nigdzie, dopóki nie nauczymy się wystarczająco dużo.
I tak oto spotkała mnie jedna z moich największych życiowych lekcji wiedzy o samym sobie. "Przywiązana" do łóżka nakazem lekarza zmierzyłam się z chyba najsilniejszym moim lękiem. Dowiedziałam się o sobie, że najbardziej w życiu boję się utraty samodzielności, samowystarczalności. Mam w sobie jakąś taką siłę, która nie pozwala mi się poddać, odpuścić sobie, być zdaną na innych, prosić o pomoc... Taka ze mnie Zosia Samosia. Jakże ciężko w sytuacji takiej, jak moja przetrwać z tymi cechami... Tak więc od kilku dni lekarze walczą z komplikacjami po zabiegu, a ja powolutku, krok po kroku uczę się oswajać swój lęk. Prawdziwa szkoła życia. Paradoksalnie, mam wrażenie, że przyznanie się do słabości, dodaje mi sił, w myśl "Co nas nie zabije, to nas wzmocni".
Challenge accepted!




Witajcie w mojej bajce!


Zaczynamy... 3... 2..1.. Start!

Początek już mamy :) Mam nadzieję, że końca nie będzie ;)

Będzie za to o tym, czego uczy nas życie o nas samych w całym naszym jestestwie, każdego dnia, bez rozmieniania na drobne. Będzie o ciele, będzie o umyśle i postaram się, żeby było też o duszy. Prosto i bez zawoalowania, jakimi rzeczy są.

Od wielu lat z ogromną pasją i przyjemnością pracuję nad moim ciałem, moją duszą i moim umysłem. Praca to ciężka i żmudna, ale nie żałuję najmniejszego wysiłku włożonego w odtworzenie i utrzymanie swoistej harmonii pomiędzy tymi elementami. Od lat bazą moich działań była, jest i zapewne pozostanie praktyka jogi. To naprawdę niesamowite jak niewiele może wpłynąć na tak wiele. Joga, którą najczęściej tłumaczy się jako "zjednoczenie, unia, połączenie, jedność" w rzeczywistości jest dla mnie dyscypliną która łączy w sobie wszystkie rodzaje ruchu, z jakimi miałam w życiu styczność. A ruszam się sporo :) Od dziecka moją miłością były: narciarstwo, jazda na rowerze, gimnastyka artystyczna, później również estetyczna, otarłam się o balet, taniec towarzyski, aerobik sportowy, tai chi, windsurfing, jazdę konną i ...mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Uwielbiam życie w ruchu. Do całkiem niedawna było to równoznaczne z życiem w biegu, a nawet galopie. Bo trzeba przed czymś zdążyć, bo życie przez palce ucieka, bo człowiek się starzeje...
I nagle jak grom z jasnego nieba odkrycie - im mniej się spieszę, tym mniej mi umyka, tym więcej robię, tym więcej się cieszę, tym więcej mam czasu. W skrócie: "Im mniej, tym więcej" :)
I tak sobie eksperymentuję przed zbliżającym się pewnego rodzaju przełomem w moim życiu, testuję różne formy zachowań, obserwuję, wyciągam wnioski, przyswajam co dobre, usuwam co zbędne. Robię wszystko co w mojej mocy, by w przyszłości nie powiedzieć: "żałuję". Uczę się żyć i uczę się życia.
Próbuję sięgnąć pamięcią do czasu, kiedy to wszystko się zaczęło i... Pamiętam że joga jakieś 14 lat temu, pamiętam że dieta wegetariańska on-and-off od 12 lat a ostatnie 4 lata to już tylko on-and-on :) Pamiętam początki głodówek oczyszczających lata temu jak przez mgłę.
Od około 4 lat jestem mega nastawiona na zdrowie i wszystko co dobre, co przynosi korzyści ciału i poprawia samopoczucie, pod żadnym pozorem im nie szkodząc. Zaczęło się od rzucenia palenia raz a dobrze i na zawsze a później było już z górki. I tak, jak już wspomniałam: dieta wegetariańska gotowana w domu (nie żadna tam knajpiana), zero fajek, alkohol w umiarkowanych ilościach i umiarkowanych %%% tj. tylko piwo lub wino od czasu do czasu (ostatnio nawet zaczynam przekonywać się do trunków bezalkoholowych), 12-dniowe (albo ile dam radę) diety pszeniczne kilka razy w roku, no i ruch! Ruch - slow motion :) Jazda na rowerze przez parki, joga, ćwiczenia wzmacniające kręgosłup (jeszcze nie pilates, choć mam nadzieję, że zmierzam ku temu) jazda na nartach zimą i spacery cały rok. Obserwuję siebie i świat wokół mnie.
Żyję uważnie i jest pięknie!
Polecam!

K.